Ludzie i Anioły recenzja spektaklu

Świetnie skonstruowane dialogi osadzone w nie tak nam znowu dalekiej rzeczywistości rosyjskiej w połączeniu z doskonale dobraną parą aktorów grających główne role, doprowadzały widownię do w pełni uzasadnionych salw śmiechu.

Niełatwo dziś trafić na dobrze wystawioną komedię. Bardziej wytrawni widzowie często niechętnie wybierają ten gatunek, zakładając, że to co śmieszne, skrojone bywa na gust przeciętny i bazuje na niewybrednym humorze. Tym trudniejsze zadanie stoi przed reżyserem. Trzeba przyznać, że Wojciech Adamczyk, realizując sztukę Wiktora Szenderowicza, wywiązał się z niego bardzo dobrze. Jego inscenizacja jest kompozycją splecioną z erudycyjnie dobranych elementów (jak na przykład rosyjskie piosenki odpowiadające aktualnemu nastrojowi na scenie i końcowy przebój Louisa Armstronga). Jednak dopiero doprawiona niezwykle trafnie dobraną obsadą, zwłaszcza w rolach głównych –  człowieka Paszkina (Sławomir Orzechowski) i „anioła” Stroncyłowa (Andrzej Zieliński), zyskuje smak wyśmienitej komedii współczesnej.

Sponsoruje nas luarem.pl laptopy poleasingowe Kraków

Cała akcja opiera się na prostym, ale dość przewrotnym pomyśle, by siedzibę Boga i aniołów przedstawić jako wielką maszynę biurokratyczną, która stworzona jest na podobieństwo tej ziemskiej (a nie odwrotnie!). Okazuje się więc, że „tam” też działają układy, istnieje przekupstwo, a sam Bóg już dawno przestał się w to wszystko mieszać. Zieliński w roli „anioła” prezentuje się najpierw jako znudzony urzędnik, by w dalszych częściach spektaklu zaprezentować widzom całą gamę uczuć, jak się okazuje zupełnie ludzkich. Orzechowski zaś, początkowo jako beznadziejny krętacz w domowym dresie, przestraszony, drobiący nóżkami obutymi w klapki, ostatecznie przejmuje inicjatywę i to on przygarnia bardziej pokrzywdzonego anioła (który bądź co bądź stracił robotę w Niebiesiech).

Choć przedstawienie jest pełne komicznych sytuacji, nie brak w nim całkiem poważnych prób podjęcia problematyki śmierci. Zagubiony Paszkin, kurczowo trzymający się życia, pyta: „Jak tam będzie? Gdzie będę ja? Czy będę?”. Wizja życia po śmierci wcale nie jest zachęcająca, lepiej już żyć tu, marnie, bo marnie, ale przynajmniej w znanym świecie, wśród podobnych sobie ludzi, z których każdy ma coś na sumieniu i może to skrywać we własnym sumieniu dopóki nie przyjdzie co do czego. „Żyjmy więc” powiada upadły anioł „póki możemy”. Po dawce śmiechu i chwili zastanowienia przychodzi ulga, że wciąż jesteśmy tu, że po nas jeszcze nikt nie zapukał…

Jesteśmy częścią StacjaKultura.pl

autorka: Karolina Kolinek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *