Chopin w Ameryce – recenzja spektaklu

Andrzej Strzelecki, jak zwykle, nie zawiódł swoich fanów. Przygotował z grupą młodych i utalentowanych aktorów show. Brawo dla artystów, którzy w dwudziestoosobowej grupie występowali na scenie w różnych choreografiach.

Spektakl ma budowę klamrową. Dwoje aktorów w strojach ludowych bierze udział w scenie, gdzie mężczyzna śpiewa: „Czerwone jabłuszko, na krzyż przekrojone” – obserwuje to dyrektor, będący reżyserem. Scena nie podoba mu się. Wtedy przychodzi roztrzepana autorka scenariusza, który będzie wystawiany dalej. Już na początku wymiana zdań energicznej, uśmiechniętej i pełnej życia autorki z pesymistycznym dyrektorem jest błyskotliwa i prowadzi do wystąpienia zjawiska teatru w teatrze. Przygotowywane jest  przedstawienie o Chopinie, który pojechał do Ameryki. Pojawia się młody mężczyzna – kompozytor i gra na fortepianie. Przed instrumentem stoi pomnik Chopina, który, ku zdziwieniu publiczności, nagle ożywia się i zaczyna rozmawiać z muzykiem. Tematem ich dyskusji jest wyjazd do Ameryki. Chopin miał taką możliwości, ale podróż się nie odbyła. Dla potrzeb sztuki zmieniono jednak pewne fakty i polski kompozytor był w Ameryce. Towarzyszyli mu w przygodach: muzyk i kierowniczka, zakochana w Chopinie.

W Ameryce ta trójka przeżywa mnóstwo ciekawych historii. Odgrywane sceny pokazują, w jaki sposób my- Polacy, stereotypowo odbieramy Stany Zjednoczone i mieszkańców tego kraju. Najpierw w urzędzie imigracyjnym szuka się konkretnego zawodu dla Chopina, a muzyka jest traktowana jako zainteresowanie. Potem poruszone zostaje zagadnienie giełdy – hossy i bessy. Następnie, przedstawiciele różnych narodowości uznają, wmawiają wszystkim, że Chopin jest właśnie jednym z nich. W przynależności polskiego kompozytora do ich nacji widzą korzyści. I tak, Chopin miałby być Chińczykiem, Niemcem, Murzynem, Żydem itd. Dla zysku porywa go włoska mafia. W Ameryce oczywiście przybysze spotykają Indian, cowboyów, Rockefellera, są w Las Vegas i Hollywood. Wszystkie historie opowiedziane są poprzez śpiew i taniec – wielkie show w klimacie filmowych prób Mela Brookesa, Woody′ego Allena i cyrku Monthy Pythona. Dodatkowo dołączyć należy zabawę słowem i dowcip na poziomie. Spektakl prawie ma budowę klamrową, ponieważ pod koniec mamy „Czerwone jabłuszko…”, ale już jako scena z hollywoodzkiej produkcji.

Sponsoruje nas laptopy poleasingowe Kraków

Ciekawa jest konfrontacja rozrywkowego Chopina ze spektaklu z poważnym Kościuszkiem. W tej scenie zwrócono uwagę, że pamięć o wielkich ludziach nie musi skupiać się tylko na stawianiu im pomników, ale wręcz powinna być żywa. Występuje tutaj aluzja do alkoholu zw. „Chopin”, przez co pamięć o kompozytorze miałaby trwać. Jednak reżyserowi zależało, aby pokazać, że to muzyka polskiego kompozytora jest ponadczasowa. Punktem kolimacyjnym jest zagranie na fortepianie utworu Chopina przez Marka Stefankiewicza. Wszyscy aktorzy wsłuchani w muzykę siedza na scenie- jakby oddawali hołd kompozytorowi.

Kostiumy, scenografia, szczególnie zabawa światłem uświetniają spektakl, który urzeka rzeszą utalentowanych aktorów. Na wyróżnienie za grę aktorską, śpiew i ruch zasługują: Aleksandra Grzelak, Maria Semotiuk, Natalia Sikora, Natalia Rybicka, Aleksandra Domańska, Marcin Januszkiewicz, Michał Żerucha, Jacek Kwiecień i Przemysław Wyszyński.

„Chopin w Ameryce” to bardzo dobry spektakl dla tych, którzy lubią muzykę polskiego kompozytora i dla tych, którzy jej nie lubią. Każda grupa zobaczy Chopina w innym, dotychczas nieznanym, świetle. Ten Spektakl to naprawdę dobry sposób na spędzenie jesiennego wieczoru.

Katarzyna Jaroszewska

Jesteśmy częścią StacjaKultura.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *